Światło gaśnie, DJ podkręca pierwsze takty, a po parkiecie zaczyna płynąć biała rzeka. Sięga do kolan i ani drgnie w górę. Para wchodzi w nią jak w wodę, dół sukni znika w bieli, dwieście telefonów idzie do góry naraz. Taniec w chmurach jest dziś na weselach czymś zupełnie zwyczajnym, choć jeszcze dekadę temu oglądało się go głównie w teatrze i na koncertach.
Z tej chmury bierze się przy okazji najczęstsze weselne nieporozumienie. Bo to, co wygląda jak dym, dymem nie jest.
Zimna para z kostki, która nie topnieje
Suchy lód to zestalony dwutlenek węgla o temperaturze około minus siedemdziesięciu ośmiu stopni. Ma tę osobliwość, że pomija stan ciekły: nie topnieje w kałużę, tylko przechodzi prosto w gaz. Kostka zostawiona na stole po prostu znika. Wrzucona do gorącej wody robi to gwałtownie, a lodowaty gaz wypycha z kotła kłęby wodnej pary, dodatkowo schładzając powietrze wokół. Wilgoć, która w tym powietrzu była, skrapla się w mgłę.
Ta mgła to więc drobniutkie kropelki wody, te same, które widać nad czajnikiem, tylko zimne. I właśnie dlatego zachowuje się odwrotnie niż cokolwiek, co nazywamy dymem: dwutlenek węgla jest cięższy od powietrza, mgła jest chłodna, więc cała masa rozlewa się po podłodze i tam zostaje, zamiast płynąć pod sufit.
Dyskotekowa wytwornica dymu robi dokładnie odwrotnie. Podgrzewa płyn na bazie glikolu i wypuszcza ciepły obłok, który idzie w górę, wisi w sali przez pół godziny, drapie w gardle i potrafi obudzić czujkę przeciwpożarową. To dwa zupełnie różne urządzenia, ale w rozmowie z salą oba lądują pod jednym hasłem „dym” i stąd bierze się połowa nieporozumień przy rezerwacji.

Z teatralnej sceny na weselny parkiet
Niska mgła nie została wymyślona na wesela. Od dziesięcioleci robi w teatrze za jeziora, bagna i zaświaty, w operze za mgłę nad Renem, w horrorach za cmentarną noc, a na koncertach za tę chwilę, gdy wokalista wychodzi z niczego. Wspólny mianownik jest zawsze ten sam: mgła odcina to, co na dole, i zostawia oku samą sylwetkę. Postać przestaje stać na scenie, a zaczyna się nad nią unosić.
Na wesela efekt przyszedł tą samą drogą, co pierwsze tańce z choreografią i sesje o zachodzie słońca: przez filmy i przez to, co pary zobaczyły u innych. Trafił zresztą na idealny moment. Pierwszy taniec z rodzinnego obowiązku zdążył się właśnie przepoczwarzyć w małe przedstawienie, na które bierze się lekcje i szykuje niespodziankę, a przedstawienie potrzebuje scenografii. Trudno o tańszą i skuteczniejszą niż chmura, która pojawia się na trzy minuty i znika bez śladu.
Dlaczego fotografowie to uwielbiają
Powody są czysto techniczne. Po pierwsze, biała mgła jest doskonałym odbłyśnikiem: światło rozprasza się w niej i podświetla parę od dołu, miękko, bez cieni pod oczami. Po drugie, chmura zasłania całe tłoczne dno kadru, czyli nogi krzeseł, kable, torebki pod stołami i tego jednego gościa, który zawsze stoi w tle z kieliszkiem. Zostaje czysta biała płaszczyzna i dwie sylwetki.
Po trzecie, suknia. Jej dół ginie w bieli, co wydłuża sylwetkę i daje wrażenie, jakby panna młoda płynęła nad podłogą. Operatorzy kamer dorzucają czwarty powód: mgła kłębi się przy każdym kroku i w zwolnionym tempie wygląda jak żywioł. Ujęcie, w którym para obraca się, a chmura idzie za trenem, wraca potem na każdym weselnym filmie. Kto dołoży do tego fontanny iskier odpalone w refrenie, dostaje kadr, który ląduje na okładkach weselnych albumów: iskry nad białą chmurą i ciemność dookoła.

Cztery obawy, które można odłożyć
- „Suknia będzie mokra.” Nie będzie. Kropelki w chmurze są tak drobne, że niczego nie moczą. Tren przechodzi przez nią suchy, podobnie jak buty i nogawki.
- „Zadziałają czujki dymu.” Chmura jest cięższa od powietrza, trzyma się podłogi i nie dociera do sufitu, gdzie wiszą czujniki.
- „Będzie czuć chemią.” Suchy lód jest bezwonny i nie zostawia osadu. Po tańcu parkiet jest suchy, a w sali nie zostaje zapach, który po dymie glikolowym potrafi wisieć do rana.
- „A alergicy, a dzieci?” Para wodna nie uczula. Chmura jest za to zimna, więc siedzący tuż przy parkiecie poczują chłód przy kostkach i na tym kończy się lista niedogodności.
Kiedy chmura zawodzi
Są trzy sytuacje, w których efekt nie wychodzi, i lepiej wiedzieć o nich wcześniej niż w trakcie. Pierwsza to wiatr: na otwartym tarasie mgła odjeżdża w bok, zanim para zdąży wejść na parkiet. Pod namiotem i w sali problemu nie ma. Druga to światło. Chmura potrzebuje półmroku i punktowego reflektora, żeby było widać jej kształt; przy zapalonych żyrandolach zostaje z niej szara smuga przy podłodze. Trzecia to zegar: chmura żyje kilka minut, więc jeśli konferansjer przeciągnie zapowiedź, zdąży opaść, zanim ruszy muzyka. Dlatego uruchamia się ją kilkanaście sekund przed pierwszymi taktami, na znak od DJ-a, a nie „jak będziecie gotowi”.
Na weselach letnich i plenerowych jej rolę coraz częściej przejmują bańki mydlane: ten sam pomysł, czyli coś, co dzieje się w powietrzu wokół tańczącej pary, tylko w lżejszym, bardziej ogrodowym wydaniu.

Nie tylko pierwszy taniec
Skoro kocioł i tak stoi za kulisami, szkoda używać go raz. Drugi moment, w którym chmura wygląda równie dobrze, to wjazd tortu: stół wytacza się z bieli, goście wstają, fotograf ma drugie takie ujęcie tego samego wieczoru. Warianty opisaliśmy na stronie ciężkiego dymu.
A jeśli ktoś na sali zapyta, czy to zdrowe, możecie odpowiedzieć zgodnie z prawdą: to ta sama para, która unosi się nad garnkiem z rosołem, tylko o sto stopni zimniejsza i znacznie bardziej fotogeniczna.

Planujesz imprezę w Krakowie lub okolicy?
